Harcerska majówka w Wicklow

Wicklow, Irlandia, 24 – 25 maja 2014

W majowy weekend nasza drużyna miała okazje sprawdzić się w ekstremalnych warunkach. Na biwaku w sercu gór Wicklow zebraliśmy się w sobotę razem z drużynami wędrowników i harcerzy z Waterford. Nasza dublińska drużyna wodniaków biwakowała już od piątku upewniając się, zewody nam nie zabraknie…

2014.05 Wickow 1

 

Przywitali nas z wielkim entuzjazmem,  jako ze przywieźliśmy ze sobą zapas woreczków foliowych, które są niezastąpione w sytuacji, gdy buty przemokną tak, że woda chlupoce przy każdym kroku. Wkrótce nam także dane było poznać urok plastikowych skarpetek. (Nie należy tu zapominać o kandydatach na aspirantów, którzy pod okiem druha Bartka i druha Marcina zgłębiali tajniki pierwszej pomocy).

Wykorzystując nieliczne przerwy w deszczu udało nam się rozbić namioty. Następnym w kolejności niezbędnych zadań było zgromadzenie drewna, zbudowanie wiaty i rozpalenie ogniska. Nasza wiata wymagała przeprojektowania w trakcie budowy, ale wyśmiewana początkowo przez innych harcerzy, stała się centrum życia towarzyskiego. Ognisko rozpalone tradycyjnie jedna zapałką wymagało niekończących się zasobów drewna, więc poranek i wczesne popołudnie spędziliśmy na zdrowych spacerach po lesie, który niebawem stal się najbardziej wysprzątanym w okolicy. W tym samym czasie zbieraliśmy grubsze gałęzie do prac pionierskich. Cześć wykorzystał  druh Bartek do ulepszenia wiaty, a z reszty zbudowaliśmy szkielet jednospadowego szałasu który w niedziele cieszył się ogromnym powodzeniem, gdy przeciągnęliśmy go bliżej ogniska i ochrzciliśmy na nowo: suszarnia!

Nabierając wprawy w posługiwaniu się narzędziami, prawie zapomnieliśmy o obiedzie. Jednak początkowo nieśmiałe burczenie w brzuchach zmieniło się w prawdziwy koncert. Szybko rozstawiliśmy nad ogniskiem nasz nowiutki kociołek, który wkrótce bulgotał pełen gulaszu. Ale nawet gulasz nie wzbudził takiego entuzjazmu jak pieczony do niego samodzielnie przygotowany chleb. Mimo początkowych trudności z zagnieceniem ciasta (Druhu! Za mało wody! Za mało mąki! Gdzie jest sól? Kto widział woreczki?), każdemu udało się upiec lub spopielić co najmniej dwie porcje.

Wieczorem tradycyjne ognisko, lekko tylko skrócone niekończącą się ścianą deszczu i już można było układać harcerzy do snu. Kiedy zadziwiająco szybko umilkły rozmowy w namiotach, kadra mogła udać się na równie tradycyjne i podobnie burzliwe narady w przytulnym zadaszonym pomieszczeniu przez laików nazywanym toaletą. Nie był to jednak ostatni punkt programu. Po zakończeniu rozmów, drużyna wodna z zaproszonymi gośćmi udała się w głąb lasu gdzie nad brzegiem strumienia złożył przyrzeczenie druh Karol – pierwszy z ich harcerzy.

W niedzielę deszczowa pogoda okazała się naszym sojusznikiem i tak pobudka z godziny piątej została przełożona na siódmą trzydzieści. Po śniadaniu i sprzątaniu przyszedł czas na chabetę, inaczej mówiąc HBT a jeszcze inaczej na harcerski bieg terenowy. Wyruszyliśmy na południe, by zgodnie ze wskazaniami kompasu odszukać druha Marcina na szczycie Ballynabrocky, który zadał nam pytania dotyczące kompasu i mapy. Dalej podążając zgodnie z otrzymanym azymutem odszukaliśmy druhnę Monikę, która usiłowała się nie śmiać usłyszawszy nasze rewelacje na temat Bitwy pod Monte Cassino. By dotrzeć do następnego punktu, musieliśmy przejść długą drogę poprzez zalane wodą łąki i wezbrane strumienie. Największa przeszkoda czekała nas na końcu. By dotrzeć do druha Roberta, który miał dla nas zadania z węzłów i pionierki musieliśmy pokonać rzekę Liffey po całkiem świeżo obalonym pniu drzewa. Ze względu na delikatność naszych harcerzy i harcerek zastosowano tu barierkę z liny wspinaczkowej ale i tak emocje były duże. Dalej już czekał nas tylko rekreacyjny spacer brzegiem rzeki, bo wdepniecie po kolana w błoto po tym co przeszliśmy nie zasługiwało już nawet na wzmiankę.  Do końca trasy zostały nam już tylko punkty z pakowania plecaków (oraz roli czekolady w wędrówkach górskich i nie tylko) – z druhem Przemkiem a także o historii i symbolice harcerskiej – z druhną Anią. Potem można już było biec do obozu, by zameldować powrót, odpowiedzieć  na ostatnie pytania druha Marcina i odpocząć. No dobrze, przedtem trzeba się było przebrać i założyć pod skarpety świeże woreczki.

Zupa fasolowa, która stanowiła największą atrakcje pory obiadowej, wzbudziła skrajne uczucia. Od entuzjastycznego wiosłowania łyżkami po uwagi „to może ja bym sobie chlebek upiekł?” Po obiedzie zaczęliśmy sprzątanie i pakowanie. Rychło okazało się, że pracy jest w bród i mimo najszczerszych chęci nie wyrobimy się przed końcem biwaku. Ale nie należy się martwić, bowiem udało nam się na najbliższe zbiórki opracować system ćwiczeń i zabaw, które pomogą nam opanować podstawowe zasady szybkiego i efektywnego sprzątania.

Podsumowując, wszyscy dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy i nabyliśmy sporo interesujących umiejętności. Można śmiało powiedzieć ,że nasi harcerze staja się coraz bardziej samodzielni i zaradni, a zarekwirowane słodycze wskazują na pewna zmianę  nawyków żywnościowych (nieśmiałe przesuniecie od chipsów w kierunku ciastek wieloziarnistych).

Chciałbym wszystkim serdecznie podziękować za niezapomniane przeżycia i wspólnie spędzone chwile.

Żegnając się nieco przekornie puszczańskim zawołaniem „Z błękitnym niebem!”

Czuwaj!

Michał Kaliski phm

 

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Irlandia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s