Złaz wędrowniczy „Szczyt Ideałów” w Irlandii

Lugnaquila, Wicklow, Irlandia, Maj 2019

Otrzymaliśmy zadanie. W ciągu miesiąca przygotować złaz dla wędrowników z całej Irlandii. Kiedy, już po rozmaitych przygodach, doszliśmy do wniosku, że jednak nam się uda, przyszedł czas na program.

Okrągłych rocznic w roku dwa tysiące dziewiętnastym jest pod dostatkiem, ale żadna nie jest mniej ważna od pozostałych. Dlatego zdecydowaliśmy, że tematem przewodnim, osią całego złazu będą wędrownicy i wędrowanie. Właśnie dlatego celem naszej wędrówki był szczyt Lugnaquila. Droga wymagająca i dla zaawansowanych wędrowców. Jasne, kiedyś liderzy z prawie zaprzyjaźnionego szczepu weszli tam ze swoimi zuchami, ale trasa którą my wybraliśmy była najdłuższą i najdzikszą ze wszystkich. Zacznijmy jednak od początku. Zakwaterowanie – Glenmalure Hostel, uroczy obiekt, którego największą zaletą jest brak elektryczności i bieżącej wody, okazał się niezwykle przytulny (zwłaszcza gdy napaliło się już w tradycyjnej kozie – piecyku rodem z początku dwudziestego wieku). Gospodarze – uprzejmi ochotnicy z An Oige (Irish Youth Hostel Association) bez problemu pozwolili nam przebudować dla naszych potrzeb krąg ogniskowy i modyfikować położenie mebli ogrodowych. Pierwszy dzień, a w zasadzie popołudnie upłynęło nam na sprawach organizacyjnych, prezentacji zadań na wędrówkę i omawianiu zawiłości prowadzenia logbooka – czyli po naszemu dziennika podróży. Wieczorem ognisko typowo gospodarcze – kiełbaski, grzanki, pianki, kisiel 😉 i śpiewogranie do rana (w planach) przerwane brutalnie przez komendę złazu w okolicach północy.

Następnego dnia szybkie śniadanie i wymarsz na trasę (lekko tylko opóźniony). Od samego początku mierzyliśmy się z przeciwnościami losu – trzeba było wyławiać telefon z potoku, wyprzedzały nas skrzaty, droga – na mapie przejezdna nawet dla samochodów – w terenie okazała się błotnistym strumykiem, niknącym w gęstym poszyciu lasu. Tutaj w sukurs przychodziła nam niezwykła pomysłowość i wyczucie kierunku naszych przewodników, którymi w tym wypadku byli właśnie wędrownicy. Jeszcze tylko podmokłe łąki otaczające górskie jeziorko i stromy żleb dzieliły nas od płaskiej wysoczyzny, po której wędrówka do szczytu przypominała już raczej spacer.  Po czym została już do pokonania tylko droga powrotna, w większej części łatwa i przyjemna, w mniejszej dzika i na każdym kroku grożąca upadkiem. Zmierzyliśmy się z naszymi słabościami i przetestowaliśmy wytrzymałość a próbę tę przeszliśmy z uśmiechem i śpiewem na ustach ( w większości przypadków 🙂 Dlatego po północy na obrzędowym ognisku nie mogło zabraknąć nagrody, której nasze wtajemniczone właśnie w pracę wędrowniczą idealne Druhny szybko nie zapomną. A potem oczywiście śpiewogranie do rana (no dobrze – przerwane nieco mniej brutalnie przez komendę złazu po godzinie drugiej 😉

Michał Kaliski phm

Link do You Tube:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s